Ale nadszedł dzień internetowej rekrutacji do szkół ponadgimnazjalnych. W ostatnim momencie zmieniłam plany o 180 stopni.
Chciałam iść do technikum budowlanego bądź ekonomicznego, a wybrałam liceum i klasę o profilu geograficznym.
Cała ja - 1000 planów na minutę, ale jak co do czego przyjdzie, to żadnego nie chce mi się realizować.
Pierwsza klasa liceum to był pryszcz. Ukończyłam ją z nawet fajną średnią (lepiej od mojej kuzynki, którą w rodzinie wszyscy chwalili jaka to ona jest mądra itp.). Nie posiadałam się z dumy, ale gdzieś tam w środku miałam takie wrażenie, że stać mnie na więcej. Fakt - im dłużej myślałam o swoim podejściu do nauki, tym bardziej moja średnia 4,5 przestała mnie zadowalać.
Zaczęła się druga klasa.
I nagle bum - materiału bieżącego więcej niż można by sobie wyobrazić. I właśnie tu zauważyłam jakie ogromne braki mam z gimnazjum. Z czasów, gdy na lekcje przychodziłam po to, aby tylko mieć odhaczoną obecność - tak, wiem, wstyd i hańba. Ale tak właśnie przeżywałam cały ten tzw. "bunt młodzieńczy".
No ale wracając do tematu - nawał materiału był tak duży, że z bezsilności zaczęłam opuszczać lekcje. Wiem, strzelałam sobie w stopę, ale byłam bezsilna. Złożyło się to z jesienną aurą i masz ci los - chandra jak nic. Zaczęły się robić kolejne zaległości.
W końcu się opamiętałam. Pod koniec semestru ledwo wszystko zaliczyłam, wszystkie zaległe sprawdziany, kartkówki.... Nie zaliczyłam ich na 5 i 6, ale na 3 i (niestety) czasem na 2. Pierwszy semestr drugiej klasy minął. Średnia 4,1 nie powala, ale tłumaczyłam to sobie słowami "zawsze może być gorzej".
Bodajże ostatniego dnia szkoły (przed feriami, które teraz trwają) mieliśmy spotkanie pt. "Doradztwo zawodowe - Jak dobrze wybrać studia?".
Od drugiego semestru klasy pierwszej strasznie "napaliłam się" na studia prawnicze. Uważałam, że zrobię wszystko co w mojej mocy, aby się na nie dostać. Aż do tego spotkania.
Pani, która je prowadziła, opowiadała nam o studiach i o w miarę idealnych cechach kandydatów na dane studia. I tu szok. JA? JA I STUDIA PRAWNICZE? JA SIĘ NIGDY NA PRAWO NIE DOSTANĘ..
Gdy ta myśl w końcu do mnie dotarła byłam załamana. Cały mój idealny plan dotyczący mojej przyszłości legł w gruzach...
Wpadłam w panikę. Nagle w mojej wyobraźni na temat przyszłości była pustka. Ogromna pustka. Nie wiedziałam nic.
Pamiętam słowa Pani prowadzącej to spotkanie: "W maju zeszłego roku szkoły wyższe przygotowały ofertę edukacyjną dla tegorocznych maturzystów (2014r). W maju tego roku szkoły średnie przygotują oferty dla was - drugoklasistów, przyszłych maturzystów. To właśnie w maju powinniście podjąć wstępną decyzję (pewną na ponad 50%) na jakie studia zamierzacie się wybrać. Potem będziecie mieli tylko 3 miesiące, aby to przemyśleć. Te 3 miesiące miną wam zanim się obejrzycie. We wrześniu składacie wstępne deklaracje odnośnie przedmiotów, które chcecie zdawać na maturze. A wtedy może już być za późno."
Po dziś dzień nie wiem co mam robić. Jak ja, zaledwie 18 letnia (tak tak, wiem - troszeczkę sobie dodaję :P) dziewczyna, ma świadomie podjąć decyzję odnośnie tego, co chce robić przez całe swoje życie?!
Mam mętlik w głowie...
Na szczęście w moim mieście istnieje coś takiego, jak Szkolny Ośrodek Karier (z którego była właśnie owa Pani). Może ona pomoże mi jakoś poznać siebie, wybrać kierunek nauki po "ogólniaku"..
A Wy? Też miałyście problemy z wyborem szkoły wyższej?
Wiedziałyście od razu co chcecie robić w życiu?
Możecie służyć jakąś cenną radą?
Byłabym wdzięczna. :)
PS. Przepraszam, że Wam się tutaj tak wyżaliłam.. Ale jakoś tak mi jest teraz lżej.. W końcu wyrzuciłam z siebie wszystko to, co mi leżało "na sercu". Z góry dziękuję.
Buziaki :*

